Bardzo jakiś czas temu na Polsacie leciał serial “Ekipa” - pierwszy polski serial political fiction. W przedostatnim i ostatnim odcinku “Ekipy” zostaje zestrzelony w Afganistanie helikopter, na pokładzie którego leciał Prezydent RP - w wyniku wypadku, ginie.
No, ale to jest serial, film, telewizja - fikcja. Starannie napisana opowiastka w formie scenariusza, w której nakreślono odrobinę alternatywną historię powojennej Polski, z fikcyjnymi premierami, partiami, wydarzeniami. Sam serial, pomimo znacznego rozgłosu nie zdobył większej popularności, choć był sygnowany nazwiskiem Agnieszki Holland.
Dzisiaj rzeczywistość odczuwam jako kolejny odcinek serialu political fiction - ale tym razem o wiele bardziej prawdziwy, jak i straszny. Gdy przechodząc korytarzem usłyszałem wiadomość o wypadku, pomyślałem “jak, że co?” i od razu sprawdziłem na komórce serwis Onetu. Pierwsza informacja - samolot, na pokładzie którego leciał prezydent Lech Kaczyński, Maria Kaczyńska oraz wielu posłów różnych frakcji politycznych, osobistości religijne oraz wysokich statusem wojskowych, rozpadł się niedaleko Smoleńska. Pędem, razem z grupą popędziliśmy do naszej sali newsroom’owej, w której mieliśmy dostęp do Internetu i TV. Każdy otworzył swojego laptopa i wystukiwał na klawiaturze różne hasła: onet.pl, tvn24.pl, info24.pl, reuters.com, radiozet.pl, polskieradio.pl/trójka. Informacje, wydarzenia, nazwiska, lista, komentarze - poszukiwane było wszystko i wszędzie. Niektórzy łapali za komórki, by zadzwonić, bądź odebrać telefony od znajomych, rodziny, mężów, żon. Informacje, wydarzenia, nazwiska, lista, komentarze - był jakiś update? czy napisali coś nowego? co tam jest napisane? mówią cokolwiek innego? Wykładowca, z którym mieliśmy mieć w tym czasie zajęcia z warsztatu dziennikarskiego był równie mocno zszokowany co my. Nawet się nie przywitał, podszedł do pierwszego lepszego włączonego komputera i szybko przejrzał artykuł. Teraz tylko to się liczyło. Informacje, wydarzenia, nazwiska, lista, komentarze.
Informacje - co się dokładniej stało? Gdzie? Jak? O której? Jakim sposobem?
Wydarzenia - jaki był ich przebieg? Co mówili w telewizji? Co mówią w radiu? Co piszą w Internecie?
Nazwiska - kto leciał? Czy naprawdę to byli oni? Nie zaszła żadna pomyłka? Skąd tyle ich tam?
Lista - czy już jest? Czy wiadomo kto był na pokładzie, a kto nie? Skąd ci ludzie się tam wzięli?
Komentarze - co z dziennikarzami na miejscu? Co wiedzą? Co mogą powiedzieć eksperci z szczątków tego, co wiadomo?
Informacje się powtarzały, czasami nawet w różnych źródłach były podawane inne odpowiedzi.
Wydarzenia wciąż pozostały nieznane, jak zakryte za mgłą.
Nazwiska wzbudzały przerażenie i szok.
Lista ciągle uzupełniała się o nowe nazwiska, niektóre trudne do uwierzenia.
Komentarze z racji braku informacji również powtarzano.
Na początku jest szok. Zawsze jest szok. To miała być kolejna, nudna sobota spędzona na uczelni - weekend zjazdowy. Jak zawsze weszlibyśmy do newsroom’u, otworzylibyśmy swoje laptopy i uruchomilibyśmy po kolei: nasza-klasa.pl, onet.pl, facebook.com, gmail.com, fora i youtube. Normalka, czekalibyśmy na naszego wykładowcę i rozmawialibyśmy o tym, z czego składa się news, jak się go tworzy i takie tam. Potem mielibyśmy trzy godziny wykładów, egzamin z przepisów prawnych, następnie uczylibyśmy się niemieckiego i ostatecznie odliczalibyśmy ostatnie minuty ostatnich zajęć tego dnia, aż pouciekamy do swoich domów, zjemy coś normalnego, przyszykujemy się na następny dzień i położymy się do łóżek, by znów wstać o szóstej rano.
No ale.
No ale to nie była kolejna, nudna sobota. Wraz chwilą, gdy ktoś rzucił hasło “samolot prezydenta rozbił się” sobota obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni w lewo, potem trzysta sześćdziesiąt stopni w prawo, aż wykonała potrójne salto, niczym wytrenowana akrobatka cyrkowa - która wygina swoje ciało, aż nie chce się wierzyć.
Tak, nie chciało się wierzyć - nie chciało się wierzyć w ten przerażająco realny scenariusz serialu political fiction: Prezydent RP wraz z małżonką oraz prawie setką innych, mniej i bardziej ważnych osób ginie nieopodal Katynia, w miejscu, gdzie przed siedemdziesięcioma laty zabito dwadzieścia dwa tysiące polskich oficerów i żołnierzy.
Wykłady przeminęły w atmosferze soczystej nudy, natomiast języki obce i reszta zajęć zostały odwołane. Powrót do domów oznaczał dla wielu jedno: włączony telewizor i Internet. Zarówno pierwsze jak i drugie zostały opanowane przez jeden temat, w takich sytuacjach to raczej normalka, można rzec.
I dalej szok. Szok pozostał, gdy patrzyłem na rosnące tłumy przed Pałacem Prezydenckim; szok pozostał, gdy patrzyłem na urywki filmów z miejsca katastrofy; szok pozostał, gdy oglądałem w czarnobiałej stylistyce portrety ofiar z żałobnym zawodzeniem w tle.
Dziennie wykonywane są tysiące, jeśli nie setki tysięcy lotów na całej Ziemi. Z Krakowa do Warszawy, z Waszyngtonu do Seattle, z Moskwy do Nowosybirska, stamtąd do tamtąd, stąd do tąd, z tamtego miejsca na Ziemi do tamtego miejsca na Ziemi. Ale to właśnie lot z Warszawy do Smoleńska okazał się jednym z tych niezliczonych lotów, który przejdzie do historii Polski jako najtragiczniejszy.
W ciągu zaledwie kilkunastu sekund, od momentu gdy pojawiły się pierwsze problemy z maszyną w locie, aż po straszliwą katastrofę wśród mlecznych mgieł, straciliśmy jedne z najważniejszych osób w naszym państwie. Wystarczyło zaledwie kilkanaście sekund, by “kolejna, nudna sobota” przemieniła się w datę, którą teraz co roku będziemy z bólem w sercach sobie przypominać. Wystarczyło zaledwie kilkanaście sekund, by z “być” przeistoczyć się w “nie-być”.
No właśnie.
W tej całej sytuacji to jest dla mnie najbardziej… po prostu, najbardziej. “Być” i “nie-być”, tak po prostu, w jednej minucie “być”, by w drugiej minucie “nie-być”. Sprawę pogarsza fakt, że mowa o “byciu/nie-byciu” Prezydenta RP, jego małżonki, posłów i senatorów, wojskowych, księży, a także pilotów, osób towarzyszących, członków ważnych organizacji w państwie. Hop, mieliśmy prezydenta, hop, już go nie mamy. Ot tak, po prostu, z minuty na minutę, z sekundy na sekundę.
Wyobraźcie sobie teraz: Lecha Kaczyńskiego, Zbigniewa Wassermana, Sebastiana Karpiniuka, kogokolwiek z znanej listy. Wyobraźcie sobie tych ludzi, ludzi których doskonale znacie, bo widzieliście ich codziennie w telewizji, w gazetach, w Internecie, gdy coś robią. Prezydent podpisuje ustawę, Wasserman kłóci się w komisji, Karpiniuk odpowiada na pytania reportera. Po prostu żyją, są, “bytują”. Teraz wyobraźcie sobie katastrofę lotniczą - taką w której ginie kilkadziesiąt osób, gdy kawałki rozpalonego, pociętego metalu tną ludzkie ciała na części, gdy ogień trawi być może jeszcze przytomnych ludzi, którzy są przygnieceni kilkunastokilogramowymi fotelami, miażdżącymi ich kości, kręgosłupy, klatki piersiowe w drobny mak. Wyobraźcie sobie ostatnie sekundy przed katastrofą - trzęsący się niewyobrażalnie samolot, krzyki przerażonych ludzi - niektórzy wymiotują, inni spoconymi dłońmi ściskają oparcia swoich siedzeń, jeszcze inni wystraszonym wzrokiem widzą zbliżający się grunt za oknami oraz małżeństwo, które patrzy sobie głęboko w oczy, ostatni raz. Połączcie teraz te trzy obrazki: polityków podczas pracy, polityków zmasakrowanych po katastrofie oraz polityków na krótką chwilę przed nieszczęściem.
Potraficie wyobrazić sobie poharatane ciało Prezydenta, zmiażdżone kończyny Pierwszej Damy, powyrywane ręce polityków, których widzieliście w telewizji?
Potraficie wymieszać filmową fikcję z rzeczywistymi twarzami?
Ja czuję się, jakbym serial oglądał - coś, co tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło; coś, co tak naprawdę ktoś sobie wymyślił; coś, co tak naprawdę zaraz się skończy i wrócimy do szarej rzeczywistości.
Ale tym razem nie wrócimy do naszej szarej rzeczywistości, ponieważ jest ona w tej chwili serialem. I nie możemy przestać oglądać tego serialu, ponieważ jest on tej chwili naszą, teraz czarnobiałą rzeczywistością.
***
W tym dniu Polska poniosła niebywałą stratę - możemy nie lubić Kaczyńskiego, PiSu, polityków, polityki. Ale śmierć takiej liczby takich ważnych osób jest bezprecedensowa. W tej chwili to zdarzenie jest na ustach całego świata. W poniedziałek w całej Unii Europejskiej zostanie ogłoszony dzień żałoby, w Rosji już został ogłoszony, a w totalnie egzotycznej Brazylii ogłoszono trzydniową żałobę!
Coś takiego jest ewenementem na skalę światową, wydarzeniem o którym trudno pomyśleć inaczej, niż w kategoriach filmowo-telewizyjnych. Ale to najprawdziwsza prawda, którą każdy z nas musi samotnie przejrzeć, zrozumieć, dojrzeć. Dzień 10.04.10r. został przeze mnie zapamiętany, zaraz obok 02.04.05r. i 11.09.01r. jako dzień, o którym będę opowiadał młodszemu pokoleniu, urodzonemu po tym dniu. To właśnie za mojego życia zaatakowano WTC, umarł Papież-Polak, zginął Prezydent RP. Uwielbiam takie wydarzenia, ponieważ oznaczają, że życie moje, jak i wasze jest przeklęte. W końcu stare, chińskie przekleństwo brzmi “obyś urodził się w ciekawych czasach!”.
I za to przekleństwo muszę podziękować.
Możecie kwestionować prezydenturę Kaczyńskiego, możecie nie lubić PiS, możecie mieć politykę głęboko w poważaniu ale istocie i ważności 10.04.10 nikt nie ma prawa odmówić.